Od rekolekcji do spowiedzi w internecie?

Dariusz Kowalczyk SJ

OD REKOLEKCJI DO SPOWIEDZI W INTERNECIE?

Internet zmienia nasz sposób życia. Pomiędzy rozentuzjazmowanymi optymistami a widzącymi internetowe zagrożenia pesymistami toczy się dyskusja na temat możliwości, jakie niesie ze sobą ten nowy sposób komunikacji. Jedną z perspektyw tej dyskusji jest życie i misja Kościoła. Zapewne zbyt wcześnie jest jeszcze na budowanie teologiczno-internetowych teorii, ale warto dzielić się swoim doświadczeniem komputerowej ewangelizacji i katechizacji. Warto też zadawać pytania o możliwy zakres internetowego duszpasterstwa. Jednym z takich pytań jest zagadnienie możliwości spowiedzi przez internet. W poniższym tekście nie ma do końca dopracowanych przemyśleń ani jednoznacznych postulatów. Jest natomiast – oparte na konkretnych doświadczeniach – przekonanie, że Bóg chce spotykać się z człowiekiem również za pośrednictwem elektronicznych środków komunikacji. Jak dalece? – to kwestia dyskusji.

„MATEUSZ” – PIERWSZE REKOLEKCJE W INTERNECIE

Pewnego dnia przyszedł do mnie współbrat-jezuita z propozycją, aby poprowadzić wielkopostne rekolekcje w internecie, a konkretnie na serwerze „Mateusz”. Idea internetowych rekolekcji nie była jednak dla mnie przekonująca. Wydawało mi się, że będzie to jedynie kilka rozważań więcej w już i tak nieznośnym szumie informacyjnym. Nic nie zastąpi bezpośredniego duszpasterstwa, osobistego świadectwa, spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem – przekonywałem siebie, próbując uciec od złożonej mi propozycji. Po co silić się na „nowoczesność”? Czy tylko po to, aby pobożnymi rozważaniami próbować równoważyć rozwijającą się szalenie szybko internetową produkcję pornograficzną?
Pomimo wątpliwości przyjąłem propozycję. W ten sposób doszło w 1997 roku do pierwszych chyba w Polsce (a raczej w języku polskim, skoro sieć elektroniczna nie zna granic) wielkopostnych rekolekcji w internecie. Jako jeden z owoców tych rekolekcji wyszła nawet książeczka Poszukując Boga w komputerze” . We wstępie do niej twórcy serwera „Mateusz”, Krzysztof Jurek i Andrzej Rozkrut, napisali:

Kilka cech charakterystycznych dla internetu jest szczególnie ważnych dla takiego wydarzenia jak rekolekcje: przede wszystkim anonimowość oglądającego, pokonanie wszelkich barier geograficznych, a także natychmiastowa, bezpośrednia możliwość reakcji, odpowiedzi na przesłanie, które do nas dociera, i to zarówno bezpośrednio do prowadzącego rekolekcje, jak i publicznie – do wszystkich uczestników-oglądaczy. Wpisy z «gorącymi wypowiedziami» pojawiały się o różnych porach dnia i nocy oraz w różne dni tygodnia pomiędzy kolejnymi rozważaniami; pochodziły też z różnych miejsc na kuli ziemskiej. Prowadzący na bieżąco mógł czytać wszystkie wypowiedzi sam przebywając w Rzymie. Zaskakiwała bezpośredniość wypowiadających się, zwłaszcza w ostatnim tygodniu po Wielkanocy, kiedy to po prostu zaczęły się pojawiać wyznania wiary podpisane imieniem i nazwiskiem .

Rzeczywiście, szczere i zaangażowane wypowiedzi internautów przekonały mnie o sensowności całego przedsięwzięcia. Internet nie okazał się aż tak bardzo anonimowym środkiem przekazu, jak mi się wcześniej wydawało. Znakomita większość podawała swoje internetowe adresy. Można więc było wejść z nimi w kontakt. Dostępne dla wszystkich „okno” „Mateusza”, jak również możliwość wysłania listu bezpośrednio do któregoś z internautów sprawiały, że wytworzyła się jakaś osobowa (a nie tylko wirtualna) więź pomiędzy uczestnikami rekolekcji. Jak nie poczuć się razem, kiedy w internecie czyta się takie oto słowa: „Pragnę zbawienia, by na zawsze doświadczać tego, czego nawet sobie nie wyobrażam – życia z Bogiem. Cieszę się, że spotkamy się w niebie, Drogi Użytkowniku Internetu!”
Z drugiej strony, nie jest bez znaczenia, że internet zapewnia swoistą „intymność” wypowiedzi. Stwarza zatem możliwość, a zarazem zachęca i prowokuje do bardzo szczerych, osobistych zwierzeń i refleksji, które przecież nie przychodzą nam tak łatwo. Niektórzy dokonują swoistej „spowiedzi” przez internet: opowiadają o swoich cierpieniach i grzechach. Komputer wykorzystany do przeprowadzenia rekolekcji łączy zatem pewne elementy głoszenia konferencji, spotkania wspólnotowego, a także rozmowy z ojcem duchownym. Nie znaczy to oczywiście, że internet mógłby zastąpić tradycyjne formy duszpasterstwa. Nie chodzi tu zresztą o zastępowanie, ani nawet o konkurencję czy też współzawodnictwo pomiędzy starymi i nowym sposobami mówienia o sprawach wiary, ale o głoszenie Ewangelii wszędzie tam, gdzie jest to możliwe.
Rekolekcje na „Mateuszu” pokazały mi, że internet może stanowić płaszczyznę konfrontacji pomiędzy wiarą a obojętnością lub nawet agresywną niewiarą. Co prawda, konfrontacja ta nie zawsze – niestety – odbiega od potocznych standardów dyskusji o Kościele, w której wszystko kręci się wokół pieniędzy i seksu. Jedną z internetowych konferencji zakończyłem pytaniem: „Czym jest zło (Zło)? Czym jest zło w Tobie i wokół Ciebie. Nazwij je!”. W odpowiedzi przyszedł taki oto list: „Złem jest między innymi Kościół. Jest to bowiem strona (po łacinie partia), której celem jest pod pozorem wiary w Jezusa czerpanie partykularnych interesów”. Innym znowu razem, po rozważaniu, w którym między innymi zachęcałem: „Rozejrzyj się wokół! Popatrz, ile wspaniałych rzeczy dzieje się w Kościele...” – ktoś napisał: „Chrześcijaństwo i Kościół to taka sama sekta jak Jehowi, tyle że bardziej rozpropagowana. Wykorzystujecie naiwność i niewiedzę wielu osób, czerpiąc z tego z tego całkiem niezłe profity. To tyle, co mam wam do powiedzenia, gdyż w całej tej waszej paplaninie o Bogu zapominacie, co to jest właściwie życie. I nie spodziewam się, by mój wpis zobaczył ktoś więcej, znając wasze podejście do innego patrzenia niż wasze”. Po tym wpisie zaczęły pojawiać się proste i autentyczne świadectwa ludzi zaangażowanych w życie Kościoła. Ktoś napisał o swoim uczestniczeniu w życiu wspólnoty „Wiara i Światło” oraz byciu z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Ktoś inny dzielił się swoją radością z odnalezienia sensu życia w duszpasterstwie akademickim.
Dzisiaj nie możemy uciekać od konfrontacji z tymi, którzy nas nie lubią, krytykują i oskarżają. Powstaje pytanie, w jakim stylu podejmiemy spór. Internet może być niewątpliwie miejscem uczenia się odpowiedniej na dzisiejsze czasy apologetyki, sposobu argumentowania, a niekiedy dawania świadectwa. Z tego punktu widzenia komputer może być elementem stałej formacji księży, którzy nazbyt często chcą przemawiać jednoznacznie ex cathedra, a każdy nieprzychylny wobec kleru głos traktują jako zamach na ich kapłańską godność. Tego rodzaju postawa niektórych księży jest szczególnie żałosna w zderzeniu z Ewangelią, która pokazuje nam Jezusa w nieustannej konfrontacji z ludźmi. Mistrz z Nazaretu nie obrażał się, kiedy zadawano mu złośliwe lub podchwytliwe pytania, ale znajdował celną, krótką odpowiedź. Internet pokazuje nam świat inny niż z perspektywy konfesjonału lub ołtarza, a tym samym nie pozwala przysnąć w faryzejskich złudzeniach o „pełnych świątyniach”. Ponadto wymaga od nas mówienia odpowiednim językiem, zwięzłym i obrazowym. Czyż nie takiego właśnie głoszenia Dobrej Nowiny – chociażby poprzez swoje przypowieści – uczy nas Jezus?

REKOLEKCJE INTERNETOWE NA „OPOCE”

Powyższe spostrzeżenia i obserwacje sprzed kilku lat potwierdziły się podczas rekolekcji wielkopostnych, jakie wraz z grupą jezuitów i współpracowników świeckich dawałem w Wielkim Poście 2001 roku na serwerze „Opoka”. Te rekolekcje różniły się jednak od „Mateuszowych”.
Rekolekcje na „Mateuszu” prowadziłem sam. Tym razem zorganizowałem zespół, dzięki czemu było możliwe odpowiadanie na każdy list. Pytania internautów i odpowiedzi rekolekcjonistów zepchnęły na dalszy plan inne elementy rekolekcji, w tym treść proponowanych rozważań. Uczestnicy rekolekcji mogli zadawać pytania i dzielić się swoimi refleksjami w dwojaki sposób: na stronie dostępnej dla wszystkich oraz poprzez e-mail przeznaczony do korespondencji osobistej. Wiele z tych „osobistych” listów dało początek obfitej wymianie doświadczeń pomiędzy danym uczestnikiem rekolekcji a jednym z prowadzących.
Odpowiedzieliśmy prawie na wszystkie zapytania. Skasowaliśmy zaledwie kilka listów, z czego tylko jeden z powodu jego wulgarności. Swoją drogą to pocieszające, że internetowe rekolekcje potrafili uszanować nawet ci, którzy zazwyczaj na wszelkiego rodzaju listach dyskusyjnych wyrażają swoje emocje za pomocą słów powszechnie uznawanych za obraźliwe. Inaczej było na Wirtualnej Polsce, gdzie sama informacja o rekolekcjach na „Opoce” wzbudziła m.in. takie oto komentarze: „I tak im (klechom) nic nie pomoże. Jedna strona wśród milionów”; „Tylko dureń boi się waszego kleszego jazgotu”. Internauta podpisujący się „Antychryst” dopytywał się, sugerując, że prowadzimy niecne interesy: „Ale dlaczego nie za własne pieniądze?” Z obroną rekolekcji pośpieszyła m.in. pewna internautka przebywająca daleko od kraju:

Jak się siedzi w Polsce, to wydaje się, że może faktycznie pomysł jest nie na miejscu. Kościół chce tylko pieniędzy, wszędzie się wciśnie itd. Natomiast ja od miesiąca jestem na misji ONZ w Timorze Wschodnim. Będę tu jeszcze do końca lipca. Co tydzień muszę wysłuchiwać kazań w języku tetum lub indonezyjskim (zależy, w której wsi). Oczywiście, żadnego nie rozumiem. A jestem wierząca. Poza tym po miesiącu dżungli chciałoby się czegoś bardziej duchowego. Internet jest tu dla nas wyjątkowym łącznikiem ze światem. Więc radzę tak od razu wszystkiego z miejsca nie krytykować, tylko przemyśleć. W prawie dwustu państwach świata jest trochę Polaków, którzy się z takich pomysłów ucieszą.

Rzeczywiście, nie brakowało głosów z zagranicy. Ktoś z Niemiec napisał: „Dziękuję za trud podjęcia takich «nowoczesnych» rekolekcji, ale sami Ojcowie widzicie, jak to jest potrzebne. Prawie pół tysiąca pytań i odpowiedzi. [...] Nieczęsto zadawałem pytania, ale byłem tu stałym gościem, i dobrze się tu czułem: w gronie ludzi szukających z jednej strony, i z wielka przyjaźnią kierujących, z drugiej strony”. Z pomysłu rekolekcji w internecie cieszyli się nie tylko Polacy mieszkający poza krajem. Napisała do nas po angielsku dziewczyna z Odessy. Pojawiła się nawet propozycja, byśmy w ogóle robili te rekolekcje po polsku i po angielsku. Większość uczestników rekolekcji stanowili jednak Polacy mieszkający w kraju.
Jeden z internautów pisał:

Mieszkam 8 kilometrów od niedużego miasteczka na Mazurach. Dwa lata temu sprowadziłem się tu po studiach z Warszawy zrywając tym samym kontakt ze środowiskiem duszpasterstwa akademickiego przy parafii św. Józefa. Potrzebowałem kontaktów, rozmów, możliwości podzielenia się swoimi przemyśleniami, ale tu nie ma nawet dobrej grupy oazowej [...]. Wasz pomysł rekolekcji internetowych jest wspaniały [...]. Już się boję, że po świętach Wielkiej Nocy strona zniknie i zostanę sam w lesie. Ale póki co cieszę się, że jesteście.

W komputerowych rekolekcjach brali udział nie tylko ludzie zaszyci gdzieś głęboko w lesie. Ktoś, dziękując za tę formę rekolekcji, stwierdził: „Są one świetnym uzupełnieniem «kościelnych» rekolekcji. Znalazłam tu wiele odpowiedzi na pytania, które zadaję sobie od lat... Szkoda, że dopiero dzisiaj Was odnalazłam. Ale czytam już od dwóch godzin i oczu nie mogę oderwać...”
Pytania i problemy, jakie pojawiały się na stronie wielkopostnych rekolekcji, były bardzo różne. Na początku hitem okazała się kwestia zmiany pięciu przykazań kościelnych. Wyjaśnialiśmy, tłumaczyliśmy... Niektórzy pytali wprost, dlaczego Kościół jakby ukrywa fakt zmiany pięciu przykazań. Inni – po zajrzeniu na „Opokę” - oznajmiali zdumionym katechetom i katechetkom, że ci od prawie dziesięciu lat uczą starej i nie do końca obowiązującej wersji przykazań. Słyszałem, że internetowe głosy na temat zmiany pięciu przykazań kościelnych dotarły nawet do biskupów, którzy wcześniej nie w pełni dostrzegali konieczność zajęcia się tą kwestią.
Bardzo wiele rekolekcyjnych pytań dotyczyło problematyki, którą można by zatytułować: czy już grzeszę, czy też jeszcze nie? Pytano o granice pieszczot poza małżeństwem. Domagano się jasnych reguł pozwalających odróżnić grzech lekki od ciężkiego. Mogłem uświadomić sobie, jak bardzo – niestety – legalistyczna i przepełniona lękiem jest nasza religijność. Wiara, której istotą jest spotkanie z żywym Bogiem, okazuje się być niekiedy zredukowana do poszukiwania w miarę spokojnego sumienia z tytułu zachowania prawa. Tym większa moja radość, gdy ktoś opowiedział o tym, jak wielkim światłem było dla niego zdanie, które znalazł w jednej z odpowiedzi: chrześcijaństwo nie polega na pytaniu się, czy już zgrzeszyłem, czy też jeszcze nie, ale na szukaniu i znajdowaniu woli Bożej. Ktoś inny zaś napisał: „Przez wiele lat nie zdawałem sobie sprawy z tego, że Pan u swego stołu odpuszcza grzechy powszednie. Terroryzowałem się poczuciem winy przy każdym, nawet drobnym upadku... Wiele spraw nabiera jednak innego wymiaru po tych rekolekcjach. Teraz Pan dał mi nowe serce [...]. Trochę się boję, że zabiję radość życia kołkiem z wyrzutów sumienia, niszcząc ten dar”.
Wiele z pytań dotyczyło sfery seksualności, a przede wszystkim onanizmu i antykoncepcji. Problemy z masturbacją w połączeniu z niejednokrotnie „okrutnymi” wersjami katolickiej nauki w tym względzie są źródłem głębokiego nieraz cierpienia. Internet okazał się dobrym narzędziem w pomaganiu ludziom, którzy na temat onanizmu nie mieliby odwagi porozmawiać inaczej jak właśnie poprzez komputer. Jeden z uczestników rekolekcji zwierzył się: „Mam 25 lat, jestem żonaty od kilku lat. Moim «problemem» jest to, że onanizuję się. Jakiś czas temu na spowiedzi ksiądz powiedział mi, że jest to grzech ciężki. Byłem w ciężkim szoku. [...] Przeczytałem na tym serwerze, że niekoniecznie jest to grzech ciężki. W moim przypadku «chyba» robię to dlatego, że mam większe potrzeby seksualne niż moja żona. Czy to jest grzech ciężki w takim kontekście? Bardzo proszę o odpowiedź!”
Jeszcze większe dylematy dotyczyły antykoncepcji. Wiele listów w tej kwestii przychodziło na adres do korespondencji osobistej. Przyznam, że miałem bardzo duże trudności, aby znaleźć kogoś, kto zechciałby na listy w sprawie antykoncepcji odpowiadać. Księża uciekają od tej problematyki, bo niejednokrotnie - poza stwierdzeniem „nie wolno” - niewiele mają do zaoferowania. Internetowe rekolekcje ukazały mi niewystarczalność odpowiedzi, jakich udziela teologia moralna w kwestii antykoncepcji.
Rekolekcje stały się – jak sądzę – dla wielu wyzwaniem do wzmożonej modlitwy. Sprawy i problemy przedstawiane przez internautów były przedmiotem indywidualnej i wspólnotowej modlitwy jezuitów. O modlitewnej pamięci zapewniali uczestnicy rekolekcji. Bez wątpienia utworzyła się komputerowa wspólnota modlitwy. Mogę powiedzieć, że dzięki rekolekcjom na „Opoce” moje przeżywanie Wielkiego Postu było na pewno lepsze i głębsze. Mam powody sądzić, że podobnie było w przypadku większości uczestników internetowych rekolekcji.
Rekolekcje na „Opoce” znalazły swoją kontynuację w postaci forum „Areopag - Porozmawiajmy o wierze” (www.opoka.org.pl/porozmawiajmy). Pytań i możliwości odpowiedzi (pomocy) jest wiele. Okazuje się jednak, że bardzo trudno znaleźć duszpasterzy, teologów, współpracowników świeckich, którzy w sposób odpowiedzialny podjęliby się tego rodzaju duszpasterstwa. Powody mogą być różne: brak dostępu do sieci, brak czasu, brak przekonania co do sensowności internetowej ewangelizacji... Myślę też, że „autorytety” boją się tej formy mówienia o Bogu i Kościele, ponieważ wymaga ona w miarę zwięzłego i szybkiego odpowiadania na trudne i skomplikowane czasem pytania. Stąd łatwo narazić się na krytykę za jakąś nieścisłość. Ponadto nie raz trzeba przyznać się do swojej niewiedzy i bezradności.
Jeden z uczestników rekolekcji na „Opoce” zastanawiał się, czy nie powinien powstać jakiś zakon, którego członkowie poświęciliby się ewangelizacji poprzez internet. Byłby to taki „rycerski zakon internetu”, „komputerowi krzyżowcy”. Osobny zakon pewno nie powstanie, ale warto, aby różne struktury Kościoła z wiarą i profesjonalnie zaznaczały swoją obecność w wirtualnej przestrzeni. Duch Święty wzbudza stare i nowe charyzmaty dla dobra Kościoła. Można mieć nadzieję, iż nie poskąpi nam charyzmatów internetowych. Taką nadzieję żywi m.in. Jan Paweł II.

ŁASKA INTERNETOWA

Temat orędzia Jana Pawła II na XXXVI Światowy Dzień Środków Społecznego to: „Internet – nowe forum głoszenia Ewangelii”. W 2002 roku Papieska Rada ds. Środków Społecznego Przekazu wydała dwa dokumenty: „Etyka w internecie” i „Kościół a internet”. W swoim orędziu Jan Paweł II pisał:

Kościół podchodzi do tego nowego medium z realizmem i zaufaniem. Podobnie jak inne środki przekazu, jest to pewne narzędzie, nie cel sam w sobie. Internet może otworzyć wspaniałe możliwości przed ewangelizacją, gdy korzysta się z niego w sposób kompetentny i z jasną świadomością jego wad i zalet.

Jakie są owe wady, a jakie zalety? Zacznijmy od zalet. Internet przede wszystkim umożliwia początkowe zetknięcie się z przesłaniem chrześcijańskim, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Może też być skutecznym środkiem towarzyszącym ewangelizacji i katechizacji. Oczywiście internet nie zastąpi bogatego doświadczenia Boga, które może zaoferować wyłącznie żywe, liturgiczne i sakramentalne życie Kościoła, ale może być uzupełnieniem i wsparciem. Niebezpieczeństwa związane z internetem to m.in. fakt, że stanowiąc nieprzerwany potok informacji, medium to nie zawsze uczy wartości. Co więcej, poprzez nagromadzenie faktów i opinii może sprzyjać relatywistycznemu sposobowi myślenia i tendencji unikania osobistego zaangażowania i odpowiedzialności.
Internet – tak jak każde ludzkie narzędzie – może służyć dobru albo złu. Może wpisać się w historię gniewu, przemocy i nienawiści. Ale może też być środkiem do jednania ludzi ze sobą. W internecie możemy obrzucać się błotem i wyzwiskami, ale możemy też uczyć się cierpliwie rozumienia racji drugiej strony. Używając internetu, możemy szkodzić innym, ale możemy też pomagać sobie nawzajem: dobrą radą, informacją, świadectwem, a także modlitwą. Możemy pomagać sobie w drodze ku przebaczającemu i miłosiernemu Bogu.
Pomimo wszystkich zagrożeń Jan Paweł II patrzy raczej na nowe szanse czynienia dobra i wzywa cały Kościół, by odważnie przekraczał ten nowy próg, by wyruszał na głębię sieci, internetu. Papież ma nadzieję, że z tej internetowej galaktyki obrazów i dźwięków wyłoni się twarz Chrystusa i zabrzmi Jego głos. W Polsce od lat działa kilka portali chrześcijańskich, obok www.mateusz.pl i www.opoka.org.pl wymieńmy: e.kai.pl, www.katolik.pl, www.amen.pl, www.wiara.hoga.pl. Można tam znaleźć różnorodne propozycje: od informacji do formacji, nie brak też elementów wspólnej modlitwy i dawania świadectwa wierze. Jestem przekonany, że dziś nie należy pytać, czy możliwe jest duszpasterstwo internetowe. Należy raczej pytać: Jakie ono być powinno? Co można zrobić więcej? Trzeba starać się tworzyć internetowe zespoły ludzi: informatyków, dziennikarzy, duchownych, psychologów, ludzi znających problemy rodziny i wychowania, którzy mogliby służyć innym swoją wiedzą i doświadczeniem. Trzeba też szukać sposobów przechodzenia od komputerowych kontaktów do budowania wspólnot, w których ludzie znają się twarzą w twarz. W dokumencie Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu „Kościół a internet” znajdujemy takie oto słowa:

Zachęcamy związane z Kościołem grupy, które jeszcze nie podjęły kroków do wejścia w cyberprzestrzeń, by zastanowiły się nad możliwością uczynienia tego jak najszybciej. Usilnie zalecamy wymianę pomysłów i informacji co do internetu pomiędzy tymi, którzy mają już w tej dziedzinie doświadczenie, a nowicjuszami.

W centrum chrześcijaństwa stoi orędzie o łasce Bożej jako wolnym i darmowym działaniu Boga w Jezusie Chrystusie, poprzez które Bóg wzywa człowieka do wspólnoty ze sobą. Na przestrzeni wieków teologia, szczególnie scholastyczna, wypracowała wiele podziałów łaski, wskazując w ten sposób na różne sposoby docierania łaski do człowieka, jak również na zróżnicowane owoce łaskawego działania Boga w nas i wokół nas. Być może do teologicznych rozróżnień rodzajów łaski trzeba dorzucić „łaskę internetową”. Wydaje mi się, że czegoś takiego doświadczyłem zarówno na „Mateuszu”, jak i na „Opoce”. Pozostaje być zatem otwartym, aby umieć dostrzec, dokąd „internetowa łaska” chce nas zaprowadzić... Niektórzy pytają, czy owa łaska może nas doprowadzić do sakramentalnej spowiedzi za pośrednictwem internetu.

EWOLUCJA SAKRAMENTU POKUTY

Żaden z sakramentów nie zmieniał swej formy i treści w tak dużym stopniu jak sakrament pokuty. W ciągu dwóch tysięcy lat istnienia Kościół przeszedł ewolucję od ideału, zgodnie z którym dojrzały człowiek – raz dostąpiwszy oczyszczenia w chrzcie świętym – powinien tak żyć, aby nie potrzebować sakramentalnego jednania się z Bogiem i bliźnimi, poprzez przyzwolenie na jednorazową pokutę publiczną, aż do postulowania jak najczęstszej, na przykład co dwutygodniowej, spowiedzi z pobożności.
A zatem w pierwszych wiekach dobrym chrześcijaninem był ten, kto nie musiał przystępować do sakramentu pokuty i de facto do niego nie przystępował; dziś natomiast gorliwy wierny to taki, który przynajmniej raz w miesiącu klęka przy kratkach konfesjonału. Z tego nie wynika, że pierwsi chrześcijanie nie czynili pokuty. Wręcz przeciwnie, byli ludźmi umartwień i wyrzeczeń, ale właśnie po to, aby nie popełnić grzechu, który wymagałby sakramentalnego rozgrzeszenia.
Sakrament pokuty w pierwszych sześciu wiekach był publiczny w tym sensie, że grzesznik przez dłuższy okres podejmował nakazane mu czyny pokutne, co było faktem znanym przez innych członków wspólnoty Kościoła. Również grzech, który wymagał takiej pokuty pozwalającej pojednać się z Bogiem i Kościołem, najczęściej był znany, choć nie oznacza to, że obowiązkiem było publiczne jego wyznawanie, aczkolwiek tu i ówdzie taka praktyka miała miejsce. Dziś sakrament pokuty ma formę krótkiej i najczęściej anonimowej spowiedzi w zaciszu konfesjonału. Patrząc na tę zdumiewającą historię sakramentalnego jednania się człowieka z Bogiem, nasuwa się pytanie, czy jego obecna forma jest formą ostateczną i definitywną? Sądzę, że nic nie wskazuje na to, aby tak właśnie było.
Jeden z możliwych kierunków modyfikacji sprawowania i przeżywania sakramentu pokuty wytyczają właśnie elektroniczne środki przekazu, które sprawiają, że zmienia się nie tylko nasze rozumienie czasu i przestrzeni, ale także doświadczenie kontaktu z drugim człowiekiem. Czy można zatem wyobrazić sobie spowiedź sakramentalną, w której kontakt penitenta ze spowiednikiem jest zapośredniczony elektronicznie? Czy możliwa jest spowiedź przez internet? Przy czym słowa „internet” używamy tu raczej jako symbolu na określenie zarówno dostępnych obecnie, jak i możliwych do wdrożenia w przyszłości elektronicznych środków komunikacji .

STATUS QUESTIONIS

Dziś nie można wyspowiadać się przez internet. Nasza refleksja nie dotyczy więc pytania, czy w obecnej sytuacji jakiś kapłan mógłby z własnej inicjatywy kogoś rozgrzeszyć przez telefon lub przez internet. Chodzi nam o to, czy odpowiedni autorytet Kościoła mógłby zezwolić, pod pewnymi warunkami, na elektronicznie zapośredniczone sprawowanie sakramentu pokuty. Ma całkowitą rację o. Jacek Salij, kiedy stwierdza, że „przy sprawowaniu sakramentów obowiązuje zasada tutioryzmu, tzn. nie wolno się kierować niepewnymi opiniami, ale należy się trzymać jasnej nauki Kościoła” .
Póki co Kościół nie wypowiedział się w sposób jasny, co do możliwości spowiedzi przez internet lub telefon, a zatem nie można w praktyce proponować takiej formy spowiedzi. Można jednak rozważać jej teoretyczną możliwość, która mogłaby przejść w praktykę, gdyby Stolica Apostolska pozytywnie i jednoznacznie na ten temat się wypowiedziała. Również o. Salij stwierdza: „Pozostaje pytanie o ewentualną ważność sakramentu pokuty udzielanego przez kapłana fizycznie obecnego gdzie indziej, ale będącego w obustronnie bezpośrednim kontakcie z penitentem. Jest to pytanie wciąż nierozstrzygnięte” . I dodaje: „Dopóki problem ważności lub nieważności tak udzielanego sakramentu nie zostanie rozwiązany, jedynym wyjątkiem, kiedy kapłanowi wolno udzielać absolucji przez telefon, jest sytuacja zagrożenia śmiercią (np. prosi o rozgrzeszenie ktoś, kto uległ wypadkowi w górach). Jednak nawet wówczas kapłan udzieli rozgrzeszenie warunkowo, czyli w postawie: jeżeli w tej sytuacji wolno mi udzielić sakramentu, to ja ci go udzielam” .
Warto ponadto zauważyć, że już w 1884 roku wpłynęło do Stolicy Apostolskiej pytanie dotyczące możliwości spowiedzi przez telefon, ale wówczas Święta Penitencjaria odpowiedziała, iż jeszcze za wcześnie, by odpowiadać na takie pytanie (sic!) . Do sprawy od tamtego czasu oficjalnie nie powrócono. A skoro tak się rzeczy mają, to jestem przekonany, że dziś wolno i warto podejmować spokojnie i merytorycznie pytanie o możliwość wprowadzenia spowiedzi elektronicznie zapośredniczonej.
Przewodniczący Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, abp John P. Foley, zapytany o możliwość spowiedzi za pośrednictwem internetu, stwierdził: „Nie, nie jest to możliwe. Nie można się spowiadać przez telefon czy przez internet – ani spowiadać się, ani udzielać sakramentów. Musi to być osobiste spotkanie. Sakramentów nie udziela się na odległość” . Niemniej jednak już na pytanie: „I tak ma zostać także w przyszłości?”, udzielił wypowiedzi – moim zdaniem – wymijającej: „To są fakty, tak Chrystus ustanowił sakramenty. Wobec tego absolucja przez telefon czy internet nie może być ważna, takie są realia” . Poza tym argumentacja abp. Foleya jest bardzo zdawkowa i dosyć nieprecyzyjna. Wygląda na to, że w gruncie rzeczy ograniczył się do potwierdzenia obecnego sposobu sprawowania sakramentów.
Sądzę, że obecny brak możliwości spowiedzi poprzez internet lub telefon wynika z obowiązującej dyscypliny sprawowania sakramentu pokuty, a nie z istoty tegoż sakramentu. Dyscyplina jest natomiast czymś, co znajduje się w gestii Kościoła i jako taka może zostać zmieniona. W Kodeksie Prawa Kanonicznego czytamy: „W sakramencie pokuty, wierni wyznający uprawnionemu szafarzowi grzechy, wyrażający za nie żal i mający postanowienie poprawy, przez rozgrzeszenie udzielone przez tegoż szafarza, otrzymują od Boga odpuszczenie grzechów po chrzcie popełnionych i jednocześnie dostępują pojednania z Kościołem, któremu grzesząc zadali ranę” (kan. 959). Katechizm Kościoła Katolickiego zaś stwierdza między innymi: „Sakrament pokuty składa się z trzech aktów penitenta oraz z rozgrzeszenia kapłana. Aktami penitenta są: żal za grzechy, spowiedź lub ujawnienie grzechów przed kapłanem oraz postanowienie wypełnienia zadośćuczynienia i czynów pokutnych” (nr 1491).
Obecnie spowiedź najczęściej odbywa się w ten sposób, że penitent przychodzi do księdza w konfesjonale, wyznaje grzechy, wyraża żal i prosi o rozgrzeszenia, kapłan natomiast udziela nauki, zadaje pokutę (raczej dość symboliczną) i rozgrzesza. Przez kratki konfesjonału zazwyczaj niewiele albo nic nie widać. Jeśli penitent się nie przedstawi, to bywa, że ksiądz myli się znacznie, co do wieku, a nawet, co do płci penitenta. W każdym razie kontakt penitenta ze spowiednikiem jest kontaktem słuchowym. Obydwie strony po prostu słyszą siebie nawzajem. Kapłan słyszy penitenta, który wyznaje swoje grzechy oraz zapewnia o swym żalu. Penitent natomiast słyszy kapłana, który poucza, zadaje pokutę i udziela rozgrzeszenia. Niekiedy rozgrzeszenie udzielane jest półgłosem, a w dodatku penitent odmawia w tym czasie jakieś swoje modlitwy, tak że potrzebne jest tradycyjne odpukanie w drewno konfesjonału, aby penitent zorientował się, że już otrzymał rozgrzeszenie. Spowiedź jest zazwyczaj anonimowa w tym sensie, że spowiednik nie zna penitenta przed spowiedzią ani nie poznaje go w trakcie spowiedzi; wie jedynie, że rozmawiał z jakimś człowiekiem, który wyznał określone grzechy. Ma jednak niewielkie możliwości, aby kogoś takiego rozpoznać w przyszłości poza kontekstem spowiedzi. Inaczej przedstawia się sytuacja np. w małych wiejskich parafiach, gdzie proboszcz od lat zna wszystkich. Ale właśnie dlatego wierni z takich parafii chętnie spowiadają się w innej parafii albo u przyjezdnych, nieznanych księży.
Czy pośrednictwo internetu pozwalałoby zachować w odpowiednim stopniu elementy wskazane powyżej jako istotne dla sakramentu pokuty? Moim zdaniem, tak. Stosując elektroniczne środki przekazu penitent mógłby skontaktować się z kapłanem, a następnie wyznać swoje grzechy i wyrazić żal oraz postanowienie poprawy, kapłan natomiast mógłby zadać penitentowi odpowiednie pytania, udzielić nauki, zadać pokutę i rozgrzeszyć. Formuła rozgrzeszenia jest modlitwą, a zarazem stwierdzeniem o sądowniczym charakterze, która ze swej istoty nie musi być ograniczona przestrzenią w tym sensie, że rozgrzeszający kapłan winien mieć penitenta blisko siebie w sensie fizycznym. Zauważmy, że przyjmuje się, iż np. papieskie błogosławieństwo za pośrednictwem telewizji jest ważnym błogosławieństwem dla tego, kto, patrząc na ekran, telewizora przyjmuje je z wiarą.
Nie ma – moim zdaniem – fundamentalnego znaczenia to, czy kapłan rozmawia z penitentem, który znajduje się w odległości 20 cm po drugiej stronie kratek konfesjonału, czy też z penitentem obecnym po drugiej stronie kabla. Komputer daje możliwość komunikowania się poprzez pisanie w tym samym czasie, a także poprzez mówienie (spowiedź przez telefon!), co więcej, można przy pomocy komputerowych kamer doskonale się widzieć patrząc sobie w twarz za pośrednictwem monitora. Jeśli do tego dodamy możliwość tzw. teleimersji , to okaże się że kontakt zapośredniczony elektronicznie nie musi ustępować kontaktom w konfesjonale, a nawet może je przewyższać.

KONTRA Z REKONTRĄ

Wielu duchownych, w tym teologów, zapytanych o możliwość spowiedzi przez internet, odpowiadało negatywnie. Jednak nie spotkałem się do tej pory z silną, merytoryczną argumentacją . No bo trudno za taką argumentację uważać patetyczne okrzyki: Ależ to jest niemożliwe! Z niektórych wypowiedzi trudno zresztą wywnioskować, czy ich autorzy mieli na myśli to, że obecnie nie można spowiadać się przez internet (czemu nikt nie przeczy), czy też to, że nigdy elektroniczna spowiedź nie będzie możliwa z powodów doktrynalnie zasadniczych. Nie brak też opinii, których autorzy zdają się nie do końca rozumieć, o czym mowa. Na przykład ks. Marek Dziewiecki po stanowczym stwierdzeniu, iż „nie jest możliwa spowiedź za pośrednictwem internetu ani w jakiejkolwiek innej formie poza osobistym spotkaniem ze spowiednikiem”, podaje zasadnicze powody takiego stanowiska. Pisze: „Nikt z ludzi nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie. [...] Potrzebna jest osobista rozmowa ze spowiednikiem, który ma wtedy szansę postawić penitentowi dodatkowe pytania. [...] Spowiedź «internetowa», uznanie własnej winy bez kontaktu ze spowiednikiem, nie wystarczy, by odzyskać więzi miłości” .
Starając się zrozumieć, o czym właściwie rozprawia ks. Dziewiecki, dochodzę do wniosku, że uważa on, iż spowiedź przez internet, to coś w rodzaju komputerowo-taryfowego rozrachunku z samym sobą. Wchodzimy w jakiś program, wystukujemy na klawiaturze grzechy, a komputer zadaje nam pokutę i udziela rozgrzeszenia. Taki pomysł rzeczywiście byłby godny jedynie natychmiastowego odrzucenia. Tymczasem spowiedź przez internet, to rzeczywisty, choć zapośredniczony elektronicznie, kontakt penitenta ze spowiednikiem. Nie ma tutaj mowy o byciu sędzią we własnej sprawie ani o jakiejś samotnej spowiedzi bez kontaktu ze spowiednikiem. Wręcz przeciwnie, elektroniczna spowiedź u kapłana zakłada rozmowę i pomoc w formowaniu prawego sumienia i dobrych pragnień. Tyle tylko, że ta rozmowa dokonuje się przez internet, a nie przez kratki konfesjonału. Nie widzę powodu, aby twierdzić, iż Bóg nie mógłby albo nie chciałby udzielić sakramentalnej łaski przebaczenia skruszonemu grzesznikowi wyznającemu swoje grzechy przez komputer kapłanowi (a nie komputerowi!).
Istnieje jednak uzasadniona obawa, że internet ze swej natury będzie prowokował do żartów, do spowiedzi „na niby”. Dlatego też, by uniemożliwić różnego rodzaju dowcipy fałszywych penitentów, postulowałbym ograniczenie możliwości spowiedzi przez internet do przypadków, w których spowiednik osobiście zna penitenta. Na przykład kiedy ktoś wyjeżdża na dłuższy okres do innego kraju, a ma stałego spowiednika, to mógłby wówczas kontaktować się z nim za pomocą internetu. Oto głos pewnej internautki: „Chcę się dołączyć do dyskusji o spowiedzi przez internet. Do tej pory uważałam, że trochę się przesadza z tą spowiedzią przez internet, chociaż nie miałam dokładniejszych na ten temat przemyśleń. Od 5 tygodni jestem za granicą. Przez dwie ostatnie niedziele nie przystępowałam do Komunii świętej. Czuję się bardzo nieswojo uczestnicząc we Mszach św. – są one dla mnie niepełne. Gdybym znała język kraju, w którym przebywam, może bym się i zmobilizowała. Ale nie znam. A tutaj jest tylko jedna katolicka parafia z jednym księdzem. W Polsce staram się chodzić do spowiedzi do jednego księdza. Zmierzam do tego, że w pełni zaczynam popierać pomysł spowiedzi przez internet. Oczywiście nie dla wszystkich i nie w każdej chwili, bo się np. komuś nie chce wyjść z domu i podjąć trochę trudu”.
No cóż! Internautce można by zaproponować spowiedź z tłumaczem. W Kodeksie Prawa Kanonicznego wszak czytamy: „Nikomu nie zabrania się spowiadać za pośrednictwem tłumacza, z wykluczeniem wszakże nadużyć i zgorszenia...” (kan. 990). Natomiast kan. 983 par. 2 precyzuje: „Obowiązek zachowania tajemnicy ma także tłumacz, jeśli występuje...”. Widzimy zatem, że obecna dyscyplina sprawowania sakramentu pokuty dopuszcza pośrednictwo. Sądzę jednak, że w przypadku naszej internautki o wiele lepszym byłoby pośrednictwo komputera niż jakiegoś przygodnego tłumacza. A skoro już mówimy o pośrednictwie w sprawowaniu sakramentów, to zauważmy także, iż sakrament małżeństwa można ważnie zawrzeć przez pełnomocnika (per procuratorem), a zatem w taki sposób, że nupturienci nie muszą być równocześnie osobiście obecni podczas zawierania związku małżeńskiego (KPK, kan. 1104 i 1105). Możliwość pośredniczenia przez pełnomocnika nasuwa myśl o możliwości pośredniczenia elektronicznego.
Powtarzanym często argumentem przeciwko spowiedzi internetowej jest stwierdzenie, iż spowiedź wymaga bezpośredniego (twarzą w twarz) spotkania penitenta ze spowiednikiem. Na przykład ks. Zbigniew Budyn przekonuje: „Żeby sakrament zaistniał, potrzebna jest bezpośrednia bliskość tych osób [szafarza i penitenta]. Czyli innymi słowy musi dojść do spotkania. Internet nie spełnia tych kryteriów” (www.mateusz.pl/pow/02535.htm). No cóż, „spotkanie” to filozoficznie ważkie i egzystencjalnie cenne słowo, ale myślę, że w powyższym kontekście jest po prostu nadużywane. No bo jakim to spotkaniem jest anonimowa spowiedź w zaciszu konfesjonału. Spowiadałem się kiedyś po włosku w Bazylice Watykańskiej. Było to duże przeżycie, ale bynajmniej nie z tego powodu, że spotkałem się ze spowiednikiem. Tam nie było żadnego spotkania „ja-ty” w odniesieniu do mnie i do osoby spowiednika. Spowiednik pozostał dla mnie kimś anonimowym, jak i ja dla niego. Nie widziałem jego twarzy, nie wiem nawet, jakiej był narodowości. Natomiast spowiedź przez internet, o jakiej tutaj mówimy, zakłada uprzednią, osobistą znajomość. Bardziej niż ze spowiednikiem w Bazylice Watykańskiej mógłbym się wówczas spotkać z moim starym spowiednikiem w Polsce, z którym wszedłbym w kontakt za pośrednictwem komputera. Inna sprawa, że nawet gdyby istniała taka możliwość, to prawdopodobnie bym tego nie zrobił; wolałbym wyspowiadać się w Bazylice.
Ci, którzy tak wiele mówią o międzyosobowej więzi między spowiednikiem a penitentem jako istotnym elemencie sakramentu pojednania, powinni najpierw określić, na czym owa międzyosobowa więź właściwie polega, a następnie pokazać, iż rzeczywiście w ciągu dwóch tysięcy lat w każdej formie ważnej spowiedzi realizuje się taka osobowa więź. Moim zdaniem jest to zadanie niewykonalne. Wypadałoby jeszcze, aby ci, którzy uważają bezpośrednią, osobową więź między spowiednikiem a penitentem za konstytutywny element dla spowiedzi, wskazali dla podparcia swej tezy na jakieś oficjalne i pewne nauczanie Kościoła. Spowiedź sakramentalna niewątpliwie wymaga obustronnego, bezpośredniego w sensie jedności czasu kontaktu „usznego”, ale ten jest jak najbardziej możliwy przez internet lub telefon.
Poprzez powyższą argumentację nie chcę powiedzieć, że nie cenię sobie spowiedzi, w których dochodzi do osobowego i bezpośredniego w sensie fizycznej obecności spotkania penitenta ze spowiednikiem. Wręcz przeciwnie, za najlepszą formę sprawowania sakramentu pokuty uważam spowiedź „twarzą w twarz” (bez kratek konfesjonału) u stałego spowiednika w kontekście wspólnotowo przeżywanej liturgii pokutnej. Takie liturgie są owocem odnowy Soboru Watykańskiego II i jako takie są polecane przez „Obrzędy pokuty”, ale w naszych parafiach dość trudno je spotkać. Sądzę zatem, że czymś niepoważnym jest rozprawianie o istotnym znaczeniu bezpośredniego spotkania spowiednika z penitentem, jeśli większość tradycyjnych i przecież jak najbardziej ważnych i godziwych spowiedzi odbywa się bez takiego spotkania. W spowiedziach tych mamy do czynienia jedynie ze słuchowym kontaktem (spowiedź uszna), o którym trudno mówić, że konstytuuje spotkanie. Mówienie „na ucho” to mówienie o czymś w sekrecie, co wcale nie musi zakładać spotkania. A jeśli tak jest, to zwalczając postulowanie możliwości spowiedzi przez internet, nie można z egzaltacją twierdzić, że bezpośrednie spotkanie spowiednika i penitenta należy do istoty spowiedzi. Fakt, że penitent znajduje się po drugiej stronie kratki, nie stanowi przecież spotkania. Z drugiej strony, kontakt internetowy, choć nie jest kontaktem bezpośrednim, wcale nie musi oznaczać niemożliwości spotkania się w ogóle. Czyż katolicy w Moskwie nie mogą twierdzić, że rzeczywiście spotkali się z Janem Pawłem II za pośrednictwem telebimu? Znaczące jest też tutaj to, że cokolwiek byśmy nie myśleli o reakcji patriarchy Aleksieja II, to uznał on elektroniczną obecność Papieża za realne wtargnięcie na jego kanoniczne terytorium.
Innym argumentem podnoszonym przez przeciwników możliwości internetowej spowiedzi jest powoływanie się na tajemnicę spowiedzi. Elektroniczne pośrednictwo miałoby narażać nienaruszalność tajemnicy spowiedzi. Jestem jednak przekonany, że temu, kto miałby nikczemny zamiar podsłuchiwania spowiedzi, łatwiej byłoby zamontować mikrofon w jakimś konfesjonale niż szukać spowiedzi na internetowych łączach. Poza tym, tajemnica spowiedzi dotyczy spowiednika, a nie penitenta. Jeśli penitent chce publicznie wyjawić swoje grzechy, to może to zrobić, po warunkiem, że nie będzie tego robił w celu wywołania zgorszenia. A ewentualne ryzyko podsłuchania, czy też podejrzenia spowiedzi w internecie penitent bierze na siebie. Przecież jeśli ktoś podsłucha spowiedź w konfesjonale, to nikt nie oskarża kapłana, że złamał tajemnicę spowiedzi, bo nie zabezpieczył konfesjonału.
Formułuje się ponadto wiele argumentów przeciwko możliwości spowiedzi przez internet, które sprawiają wrażenie „wymyślanych na siłę”. A w dodatku śmieszą. Cytowany już ks. Budyn obawia się na przykład, że skoro korzystanie z internetu kosztuje, to „mogłoby wtedy dojść do powstania spowiedzi elitarnej, zarezerwowanej tylko niektórym”. A przecież „Kościół nie może pozwolić sobie na jakiekolwiek podziały, bo wtedy będzie działał wbrew swemu Założycielowi...” (www.mateusz.pl/pow/02535.htm). Podejmując ten sposób rozumowania można by się pytać, co robić, jeśli ktoś dojeżdża do kościoła luksusowym samochodem, a ktoś inny musi iść kilka kilometrów pieszo. I nie sądzę, aby zabranie temu pierwszemu samochodu było najlepszym rozwiązaniem.

OSTATNIE WYPOWIEDZI KOŚCIOŁA

Niedawno ukazały się – jak już zauważyliśmy – dwa dokumenty Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu na temat internetu: „Kościół a Internet” oraz „Etyka w Internecie”. Niektórzy oczekiwali, że dokumenty te przyniosą jakieś rozstrzygnięcie w sprawie możliwości spowiedzi przez internet. Tak się jednak nie stało. Nie jest bowiem żadnym ostatecznym rozstrzygnięciem stwierdzenie: „Rzeczywistość wirtualna nie jest zamiennikiem Realnej Obecności Chrystusa w Eucharystii, sakramentalnej rzeczywistości innych sakramentów i współudziału w kulcie sprawowanym w żywej wspólnocie. W Internecie nie ma sakramentów; a nawet doświadczenia religijne, możliwe w nim dzięki łasce Boga, nie są wystarczające w oderwaniu od współdziałania z innymi wiernymi w świecie rzeczywistym. To kolejny aspekt Internetu, który wymaga studium i refleksji” (Kościół a internet, 9).
Spróbujmy odnieść się do powyższej wypowiedzi. Po pierwsze, dokument Papieskiej Rady, choć jest głosem ważnym, nie stanowi ze swej natury jakiegoś nieomylnego i ostatecznego rozstrzygnięcia nasuwających się problemów. Po drugie, ewentualna możliwość spowiedzi przez internet nie byłaby żadnym zamiennikiem dotychczasowych form sakramentu pokuty, a jedynie ich uzupełnieniem i w pewnym sensie przedłużeniem (bezpośrednie kontakty penitenta ze swoim spowiednikiem znajdowałyby w pewnych szczególnych sytuacjach i pod jasno określonymi warunkami przedłużenie za pośrednictwem internetu). Po trzecie, stwierdzenie „w Internecie nie ma sakramentów” wcale nie musi i de facto nie oznacza stwierdzenia, że nigdy nie może być sprawowania jakiegokolwiek sakramentu za pośrednictwem internetu. Mówiąc o sakramentach, trzeba bowiem odróżnić te sakramenty, które wymagają takich elementów jak: woda, olej, chleb, wino, czy też nałożenie rąk, od sakramentów, które sprawowane są jedynie za pośrednictwem słowa (pokuta, małżeństwo). Zauważmy ponadto, że co innego oznacza wyrażenie „w internecie” niż „za pośrednictwem internetu”, czy też „przez internet”. Pierwsze wyrażenie sugeruje jakieś zamknięcie się w rzeczywistości wirtualnej bez kontaktu z realną wspólnotą. Pozostałe wyrażenia zakładają realny kontekst wspólnotowy, tyle że zapośredniczony elektronicznie (można słuchać homilii stojąc przy głośniku i nie widząc kaznodziei). Dlatego też – po czwarte – doświadczenie religijne, jakie postulujemy, czyli spowiedź przez internet, nie byłoby czymś dziejącym się „w oderwaniu od współdziałania z innymi wiernymi w świecie rzeczywistym”. I po piąte, dokument nie rozstrzyga niczego definitywnie, ale wyraźnie otwiera pewne obszary zachęcając do „studium i refleksji”.
Ufam, że starczy nam mądrości i odwagi, aby powyższą zachętę ze spokojem przyjąć. Na pewno nie będą temu służyć histeryczne wypowiedzi, jakie swego czasu można było w sprawie możliwości spowiedzi przez internet znaleźć na e.kai.pl. Jeden z internautów powołując się na sobie tylko wiadome źródła zawyrokował: „Sprawa dawno zakończona i nie ma do czego wracać. Dobrze, że Episkopat się wypowiedział [...], bo byliśmy zdruzgotani Waszymi pomysłami”. Inny zaś z troską zapytywał: „A co będzie z tymi księżmi, co się opowiadali za spowiedzią przez internet. Przecież należałoby ich jakoś uświadomić”. Na „Opoce” dyskusja była dużo bardziej merytoryczna, a tym samym spokojna, choć i tu pojawiła się taka np. wypowiedź: „Czy możliwa jest spowiedź przez SMS? Na przykład taka: 3-2, 4-1, 6-0,5, 7-40 zł (pierwsza cyfra to numer przykazania). [...] Radzę kupić hostie, włączyć telewizyjną albo radiową transmisję Mszy św., położyć przed telewizorem i radiem i spożyć jako Komunię. [...] Podpisano: ks. Marek Lis”.
Odnotujmy w tym kontekście głos internautki: „Jestem bardzo zainteresowana tematem [spowiedzi przez internet] i usiłowałam już o tym rozmawiać szczególnie z księżmi. Z przykrością musze stwierdzić, że temat wywołuje przede wszystkim agresję. Nie potrafię zrozumieć tej niechęci i złości do samego pomysłu. Argumenty, jakie przytaczają księża, zazwyczaj są mało przekonujące, czasem wręcz naiwne. Mam jednak nadzieję, że znajdą się księża, którzy podejmą rzeczową dyskusję. Myślę, że spowiedź za pośrednictwem internetu jest w przyszłości nieunikniona. Życie pisze takie scenariusze...”
Nie wiem, czy spowiedź przez internet jest nieunikniona. Póki co – przypomnijmy raz jeszcze – obowiązuje dyscyplina, na którą ostatnio wskazała Penitencjaria Apostolska. W Liście Okólnym z 23 X 2002 Penitencjaria stwierdza wyraźnie:

Stosowanie środków technicznych (fax, internet, poczta elektroniczna itd.), które umożliwiają szybką komunikację i wymianę wiadomości na odległość, weszło na zakazany teren tajemnicy sumienia. Taki zakaz obowiązuje tym bardziej tam, gdzie chodzi o Sakrament Pokuty, obwarowany pieczęcią sakramentalną. Niestosowności wynikające z tak godnej pożałowania praktyki są bardzo jasne, należy jednak szczególnie przypomnieć, że tego rodzaju nadużycie narusza istotne elementy Sakramentu Pokuty (takie jak: sakramentalność, bezpośrednia fizyczna obecność podmiotów, dialogowość i w konsekwencji także skuteczność psychologiczna).

Dyscyplina jest zatem jasna, choć z jej argumentacją można dyskutować, co staraliśmy się pokazać. W każdym razie sprawa wykorzystywania elektronicznych środków komunikacji w sprawowaniu niektórych sakramentów na pewno nie jest definitywnie zakończona. Ona dopiero się zaczyna, gdyż środki te będą coraz doskonalsze i będą miały coraz większe znaczenie dla stylu myślenia i działania człowieka.