Czuję w sobie duchową pustkę, czy straciłam wiarę?

Komentarze

  • 2015-04-06 09:03:38

    Amelio - nie jesteś sama. Ja mam to samo, często, wraca, odchodzi, wątpię, wracam, pytam się JAk to mozliwe, ze Bóg jest, ze nas kocha, ze w ogóle obchodzi go coś na tej malutkiej ziemi gdzieś we wszechświecie. Ale mowię sobie - takie wątpliwosci mieli inni, tez, i to ci "wielcy". Wiesz ze Matka Teresa wątpiła całe lata, dekady? Mimo ze up[adała w wierze, ze czarna noc ogarniała ją, pytała Jezu, czy Ty naprawdę jestes, byłeś"? to klękała przed najswiętszym sakramentem i trwała, w cierpliwosci. Musisz po prostu przestać "chcieć wierzyć na siłe" - to przyjdzie samo. Ja zawsze sobie mowię - jesli Bóg jest prawdziwy, to on mnie nie opusci, nawet jak teraz mam doła. On da mi znać ze jest, nawet w najciemniejszej dolinie. Będzie dobrze, ale po prostu nie denerwuj się, wytrzymaj, nie martw się. Nie jesteśsama. Z Bogiem.
    - pasikonik -
  • 2015-04-08 00:15:37

    a co powodowało że byłaś bardzo wierząca? układało się wszystko, były uczucia przy modlitwie i ...? co jest baza twojej wiary? wiara to też dar o który trza się modlić. "pustka" = norma po emocyjkach. 2 lata - nie jestr źle. Były emocyjki , czas na wierność. nie skupiaj sie na pustce (bo to jeszcze`bardziej rozbija cie i zniecheca) tylko mimo wszystko chodź co niedziele i do spowiedzi, ale rób to świadomie - słuchaj. choć może też się zdarzyć, że będziesz na każdej mszy spała -> chodź dalej i śpij (w sensie staraj sie nie, ale jak glowa spadnie to trudno - oparte na faktach własnych autentycznych :P) . nadmiar modlitwy (np. 2 godz/dzien, nie wiem jakie masz standardy) moze cie przeciazac i zmeczyc. nie ilość a jakość. to jest coś jak małżeństwo. Uczucia się zmieniają-> zauroczenie, ->namiętność, -> miłość dojrzała (w czym jest wierność https://www.youtube.com/watch?v=h_y9F5St4j0). ...
    - iho -
  • 2015-04-11 23:41:10

    z nikim nigdy nie byłam tak szczera jak własnie z Nim, bo nauczono mnie, ze On i tak o wszystkim wie, więc na nic się zda moje kłamanie.
    Mówiłam Mu wszystko, nawet jakieś głupie pierdoły z codziennego życia, cieszyło mnie każde westchnienie do Niego, czułam tą "więź"!
    Dziś został mi tylko szacunek do Jego imienia, moja wiara o ile w ogóle nią była wyparowała, jestem pusta i bezwartościowa, czuję się beznadziejnie, ale nie potrafię już z Nim rozmawiać.
    Uczono mnie, ale się nie nauczyłam... A po mojemu nie pasowało do standardów.
    Jedno jest pewne- czuję strach, bo zatrważająca jest myśl, że Go nigdy nie było a niepojętym jest dla mnie że On jest, był i będzie.
    Paradoksalnie, chodzę do kościoła na niedzielne msze. Lubię słuchać słów zawartych w Piśmie, kazań, mam wtedy czas na analizę swojego marnego żywota pod kątem nauk Kościoła. I szukam tego punktu, gdzie popełniłam ten błąd czy nie błąd, że On już dla mnie nie zmartwychwstał.
    Amelia, co ma byc to będzie, trzymaj się!
    - kropka -
  • 2015-04-13 01:21:05

    Amelia, Kropka
    Bóg jest, był i będzie. Spotkacie Go jeszcze na swojej drodze, jeśli tylko nie zamkniecie przed Nim drzwi. Chwile (dni, tygodnie, miesiące) zwątpienia i uczucie "pustego nieba", "ciemne noce" zdarzały się nawet świętym. Nie wierzcie swoim uczuciom - poczytajcie świadectwa nawróconych, pisma mistyków (lub, łatwiej, o mistykach - polecam "Drogi człowieka mistycznego" J.A. Kłoczowskiego) - to będą relacje "z pierwszej ręki". No i, przede wszystkim, Ewangelia - czy coś tak cudownego w swej wymowie mógł napisać człowiek?
    - Ter -
  • 2015-04-13 18:54:47

    Zazdroszczę.
    Naprawdę zazdroszczę ludziom takiej pewności.
    Ter, dzięki za tę "przepowiednię" :-)
    Rzeczywiście czasem jest tak, że tęsknię do tego jak było kiedyś, tzn. przynajmniej nie miałam takich wątpliwości i uczucia pustki. Jaki miałam Jego obraz taki miałam.. Ale przynajmniej jakiś był.
    Muszę pogadać chyba z kimś kto będzie potrafił mi pomóc rozwiać wątpliwości i udzielić odpowiedzi na różne pytania. Samej wyszło mi to mizernie.
    Tak, Ewangelie są piękne, np. z wczoraj. Taki trochę ze mnie Tomasz. Tylko on miał to szczęście, że Jezus pokazał mu się i mógł to zobaczyć. Ja też bym chciała. :-)

    - kropka -
  • 2015-04-14 13:37:52

    Kropka.
    Miałam bardzo podobnie jak Ty. To znaczy, w moim przekonaniu Bóg zawsze był, jest i będzie, ale był zupełnie Kimś innym, niż nam o tym Pismo Święte mówi. O wszystkim innym wątpiłam, włącznie ze zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa. Błąkałam się po opłotkach.
    Aż w końcu nastąpił "zbieg okoliczności", On przyszedł do mnie, a ja w pełni uwierzyłam w to, w co wcześniej wątpiłam. To była prawdziwa rewolucja w moim umyśle (trwa nadal, bo wciąż uczę się religii, zasad wiary, tego, kim jest Bóg, staram się zrozumieć np. istotę Trójcy Świętej i kształtujemy się razem z moim sumieniem). Tymczasem ja NICZEGO nie zrobiłam wcześniej. Nawet nie prosiłam o tę łaskę. Ba, kościoły omijałam z daleka, na Msze nie chodziłam :)
    Ale On był cierpliwy, czekał, czekał, aż nastąpił w moim życiu odpowiedni moment... a wtedy hyc :)
    Moja rada dla Ciebie: nie rób nic na siłę i nic przeciwko sobie. Kieruj się w życiu przede wszystkim miłością, do wszystkich i do wszystkiego. Pilnuj się, aby być po prostu dobrą. I bądź otwarta na zmiany. Kiedy poczujesz to "coś", co będzie Cię prowadziło znów do Boga - nie opieraj się. Bardzo możliwe, że to kiedyś nastąpi.

    Amelio, jeśli to czytasz.
    W moim przekonaniu najważniejsza jest miłość. Jeśli idziesz na Mszę, ale w myślach Ci się kołacze "dlaczego ona?", to wynika to z Twojej miłości dla niej i troski o nią. Nie jestem teologiem, ale mnie się wydaje, że TO jest bardzo ważne. A Bóg jest i widzi Twoje myśli, Twoje sumienie, i rozumie, że jesteś nieuważna podczas Mszy nie dlatego, że jesteś rozleniwiona, czy nie chce Ci się, ale dlatego, że z miłością martwisz się o swoją przyjaciółkę.
    Z mojego doświadczenia z pracy z chorymi na raka i ich bliskimi: wydaje mi się, że wciąż jesteś na etapie, który ja nazywam "dlaczego ja". To bardzo ważny etap i bardzo naturalny. Ale też bardzo ciężki do przejścia. W Twoim przypadku świadczy też o wielkiej Twojej miłości do przyjaciółki (jak ja, gdybym była w sytuacji tak krytycznej, chciała być dla kogoś tak ważna, żeby ktoś tak mnie kochał...).
    Nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. Ja zawsze opieram się na statystyce: nie ma żadnych reguł sterujących zachorowaniem na nowotwory (raki są jednymi z nich)! Jest tyle czynników wpływających na zachorowanie, że nie możemy się w pełni zabezpieczyć, na każdego może trafić. Na każdego! U każdego z nas codziennie tworzą się 3 komórki nowotworowe - kwestia pecha, czy się one rozwiną lub czy obumrą zgodnie z procesami naturalnymi organizmu. Ksiądz Jan Kaczkowski (polecam Ci Amelio, myślę, że może Ci pomóc lektura jego słów) mawia, że jesteśmy tylko biologią, zaprogramowaną tak, żeby się zepsuć. I każdy z nas musi się zepsuć. I proszę, nie mieszaj w to Boga. Bóg jest miłosierny i jako miłosierny Ojciec nie lubi, kiedy jego dzieci boli (ks. Kaczkowski, znów) - choroba jest złem pochodzącym od szatana.
    Moja rada dla Ciebie. Spróbuj przejść ten etap rozumowo, statystyką. Zrozum, że Twoja koleżanka PO PROSTU zachorowała. Nikomu na złość, nie specjalnie, niczemu nie zawiniła. Po prostu - stało się. Bądź przy niej, wspieraj ją, bo to choroba nie tylko ciała, ale i duszy. Chorzy często czują się samotni, miewają epizody depresji. Przyjaciółka Ciebie teraz będzie szczególnie potrzebować. Ale by jej pomóc musisz być silna. Nie rozklejać się (a przynajmniej nie przy niej). Każdy chory onkologicznie potrzebuje być traktowany tak, jakim był przed chorobą, pełnić te same funkcje w społeczeństwie. Gdy rozmawiacie - rozmawiajcie przede wszystkim o codziennym życiu, bez widocznego żalu, bez łez, bez współczucia, bez pocieszactwa ("będzie dobrze, będzie dobrze" - bo nie wiesz, jak będzie). Chodźcie razem kupować ciuchy i buty, chodźcie razem do kina, chichrajcie się z komedii i dowcipów. A kiedy ona poczuje, że chce rozmawiać o swojej chorobie - pozwól jej na to. Kiedy będzie ją bolało i nie będzie chciała się ruszać ani rozmawiać - bądź przy niej, trzymaj za rękę. To bardzo ważne.
    Jeśli potrzebujesz, może Ci pomóc konsultacja z psychoonkologiem (czyli psychologiem wykształconym w pracy z chorymi na raka i jego rodzinami oraz innymi bliskimi osobami). Jeśli Twojej koleżance będzie bardzo źle - też jej możesz zasugerować taką konsultację. W zależności od problemów, mogłybyście np. razem uczestniczyć w takiej konsultacji.
    Dużym wsparciem dla chorych bywa też i wiara.... może Twoja przyjaciółka, paradoksalnie, będzie dla Ciebie tym, co odbuduje Twoją wiarę, pomoże Ci się wzmocnić?
    Powodzenia!
    - Niśka -