Brak rozgrzeszenia

2012-02-05 12:04:11

Pragnę spytać co należy uczynić, aby pojednać się z Bogiem w sytuacji gdy penitent tkwi w nałogach (np. alkoholizm/ erotomania) chodzi do spowiedzi, a spowiednik nie zauważa żadnej poprawy i nie udziela rozgrzeszenia. Czy w tej sytuacji należy: a) zaprzestać spowiedzi, aż nie poczyni się działań skutkujących zmniejszeniem popełniania grzechów - aby spowiedź nie była świętokradzka, b) zmiana spowiednika poprzez ponowne pójście do spowiedzi, c) odprawienie ciężkiej pokuty, którą obowiązek ma zadać spowiednik, który nie udzielił rozgrzeszenia, d) inne rozwiązania (jakie).
Jeżeli penitent popełnia grzechy nałogowe, chodzi do spowiedzi, a kapłan nie zauważa żadnej poprawy i nie udziela rozgrzeszenia, to nie należy do tego kapłana chodzić do spowiedzi. Bo jakby tak patrzeć na spowiedź, że nie widać poprawy, to nikt by nie mógł otrzymać rozgrzeszenia. Rozgrzeszenie sakramentalne nie łączy się z tym, że już nigdy nie zgrzeszę.
Przy grzechach nałogowych warto mieć stałego spowiednika, a najlepiej takiego, który ma na codzień do czynienia z tego typu osobami. Proszę pamiętać, że postanowienie poprawy ma charakter aktualny, czyli że w momencie spowiedzi jest ono wymagane od penitenta. Nie chodzi o takie postanowienie poprawy, że już nigdy więcej nie zgrzeszę. Grzech nałogowy jako choroba uszy jest podobny do chorób chronicznych (np. cukrzycy). Trzeba po prostu nauczyć się z nim żyć. Oczywiście, nie chodzi tu o pozwolenie na popełninie tego grzechu, ale na to, żeby być czujnym. Mam problem. I muszę z tym problemem żyć. I koniec.
Dlatego też warto mieć stałego spowiednika.

Poniżej dołączam fragment mojego artykułu nt. spowiedzi:

Grzech nałogowy jako przewlekła choroba duszy

 

            Penitenci, którzy wpadli w jakiś grzech nałogowy (np. alkoholizm, erotomania) częstokroć zadają sobie pytanie o zasadność przystępowania do sakramentu pokuty ze względu na fakt, iż pomimo wielkiego zmagania się z tym grzechem, wciąż nie mogą sobie z nim poradzić. W wyniku takiego zwątpienia niektórzy penitenci cierpiący z powodu grzechu nałogowego w ogóle zarzucają praktykę spowiedzi usznej, natomiast inni nadal przystępują do spowiedzi, jednak bez wewnętrznego przekonania i nadziei na możliwość zmiany swojego grzesznego postępowania. Dla tych ostatnich istnieje ponadto stosunkowo duże niebezpieczeństwo sprowadzenia sakramentu spowiedzi jedynie do wypowiadania przepisanych formułek i wykonywania odpowiednich gestów. Wówczas najbardziej na rutyniarskie podejście zdaje się być narażona spowiedź przed stałym spowiednikiem. W takim bowiem wypadku penitent mógłby wręcz opisywać swemu ojcu duchownemu swój stan ducha lakonicznym stwierdzeniem „to samo”, na które spowiednik mógłby odpowiadać: „To za pokutę odmów to, co zawsze”.

Nałogowy grzesznik nie tyle ma problem ze wzbudzeniem żalu za grzechy, który dotyczy przeszłości, ile z wypełnieniem postanowienia poprawy, które dotyczy przyszłości. Zapytuje on zatem: jakże mogę obiecać Bogu, że więcej nie będę popełniać tego grzechu, skoro nie wiem, na ile starczy mi sił, aby tę obietnicę spełnić? Odpowiadając na to pytanie, należy podkreślić, że ani Bóg, ani tym bardziej Kościół czy kapłan-spowiednik nie wymaga od żadnego penitenta rzeczy niemożliwych. Ponadto zarówno spowiadający kapłan, jak i sam penitent muszą cały czas pamiętać, że ten ostatni ze względu na zniewolenie grzechem nałogowym, ma ograniczoną wolność i zdolność do walki z nim. Dlatego też sama odpowiedzialność za popełnianie tego grzechu jest „znacznie zmniejszona, a niekiedy nawet nie istnieje, jeśli chodzi o poszczególne przypadki. Niemniej jednak nałogowiec jest pośrednio odpowiedzialny za swoje postępowanie w zależności od stopnia zaniedbania obowiązku przezwyciężania nałogu”[1].

A zatem, penitent nie ma prawa automatycznie zwolnić się z odpowiedzialności za swój grzech nałogowy. Zresztą częstokroć objawia się to w samym głębokim poczuciu winy u penitenta, który znów uległ temu grzechowi. Dlatego też postawa kapłana przy spowiedzi penitenta, który upadł w swoim nałogu, jest bardzo specyficzna. Z jednej strony, spowiednik nie powinien lekceważyć popadnięcia w ten grzech i nadmiernie uspokajać penitenta, że nic wielkiego się nie stało; z drugiej zaś strony, kapłan powinien penitentowi dać nadzieję, dzięki której będzie on mógł skutecznie walczyć ze swoim nałogiem przy pomocy łaski Bożej. Innym powodem, dla którego niektórzy penitenci zaczynają stronić od przystępowania do sakramentu pojednania przy jednoczesnym powtarzaniu tych samych grzechów, jest lęk przed spotkaniem się z kapłanem, który już raz albo kilka razy usłyszał te same grzechy.

Lęk ten zdaje się dotyczyć nie tyle tych penitentów, którzy mają stałego spowiednika, ile raczej tych, którzy z powodu popełniania tych samych grzechów, starają się tak dobierać sobie spowiedników, aby ci ostatni nie byli w stanie zorientować się, że penitent przy każdorazowej spowiedzi powtarza te same grzechy. Takie zachowanie niektórych penitentów nie tylko związane jest z poczuciem wstydu, ale także z poważną obawą, że nawet najbardziej wyrozumiały i cierpliwy spowiednik, słuchający przy każdorazowej spowiedzi tych samych grzechów, w końcu nie wytrzyma i stwierdzi u penitenta brak szczerego postanowienia poprawy, a może też i żalu za grzechy. A to oznaczałoby, iż taki penitent nie mógłby otrzymać sakramentalnego rozgrzeszenia. Czy jednak faktycznie tego rodzaju obawy ze strony penitentów spowiadających się przy każdej spowiedzi z tych samych grzechów są uzasadnione?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, pomocnym będzie rozumienie grzechu jako choroby duchowej, a kapłana sprawującego sakrament pokuty w osobie Chrystusa (in persona Christi) jako lekarza dusz. W takiej sytuacji grzechy nałogowe mogłyby odpowiadać chorobom przewlekłym, a do tzw. chorób nieuleczalnych należałoby zaliczyć zatwardziałość i dobrowolne trwanie w złu, czyli grzech przeciw Duchowi Świętemu (Mt 12,31-32; Mk 3,28-29; Łk 12,10)[2].

Odwołując się do analogii zachodzącej między chorobą fizyczną a grzechem rozumianym jako choroba duchowa, należy zwrócić uwagę na kolejne jeszcze podobieństwo istniejące między tymi dwiema rzeczywistościami: tak jak każdy człowiek bardziej jest podatny na jeden rodzaj chorób niż na inny, tak też w życiu duchowym bardziej jest on podatny na popełnianie jednych grzechów niż innych. Przypomina o tym m.in. jedna z reguł zawartych w Ćwiczeniach Duchownych św. Ignacego Loyoli, dotycząca rozeznawania duchów. W regule tej św. Ignacy porównuje diabła do dowódcy wojskowego, pragnącego zdobyć jakąś twierdzę warowną: „Dowódca wojskowy rozbiwszy obóz i zbadawszy siły i środki obronne jakiegoś zamku, atakuje od strony najsłabszej. Podobnie i nieprzyjaciel natury ludzkiej krąży i bada ze wszech stron wszystkie nasze cnoty (...), a w miejscu, gdzie znajdzie największą słabość i brak zaopatrzenia ku zbawieniu wiecznemu, tam właśnie nas atakuje i stara się zdobyć”[3].

Powyższa reguła może pomóc lepiej zrozumieć penitentowi spowiadającemu się wciąż z tych samych grzechów samo działanie złego ducha i jego sposób kuszenia. Szatan bowiem, choć nie ma bezpośredniego dostępu do duszy ludzkiej tak jak Bóg, to jednak bardzo dobrze zna słabości każdego człowieka. Z drugiej strony słabości ludzkie dotyczą tak życia duchowego, jak i zdrowia fizycznego każdego człowieka. I tak, jeśli ktoś od urodzenia ma słabe serce, to znacznie bardziej będzie podatny na choroby sercowe niż ludzie cieszący się zdrowym sercem. Jednak człowiek poinformowany o wątłej kondycji swego serca, będzie miał możliwość podjęcia odpowiednich kroków zapobiegawczych, dzięki którym może on zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania na poważną chorobę sercową.

Tego rodzaju profilaktyka ma również swoje zastosowanie w życiu duchowym, a zwłaszcza w ramach sakramentu pojednania, kiedy to przy pomocy łaski Bożej penitent może przed spowiednikiem nazwać swoje słabości po imieniu i nieustannie poszukiwać odpowiednich środków do zapanowania nad swoimi słabościami, tak aby nie stawały się one okazją do popełniania wciąż tych samych grzechów.

Okazuje się zatem, że spowiadanie się z tych samych grzechów podczas każdorazowego przystępowania do sakramentu pokuty jest zjawiskiem jak najbardziej zwyczajnym i w żadnym razie nie oznacza ono, iż penitent tym samym nie posiada żalu za grzechy czy postanowienia poprawy, koniecznego do otrzymania rozgrzeszenia. Właściwie bardziej podejrzana byłaby sytuacja, w której penitent za każdym razem wyznaje zgoła inne grzechy. To tak, jakby pacjent podczas każdej wizyty u lekarza skarżył się na coś innego. W takim wypadku wręcz zrodziłoby się pytanie: w jaki sposób leczyć osobę, która za każdym razem jest chora na inną chorobę? Co więcej, taki pacjent mógłby zostać podejrzany o symulanctwo albo hipochondrię. Natomiast penitentowi spowiadającemu się za każdym razem z innych grzechów można by zarzucić albo skrupulanctwo, albo złą wolę, wyrażającą się w próbie ukrycia realnych problemów trapiących jego duszę.



[1] Z.Perz, Posługa Sakramentu Pokuty. Zagadnienia moralne i pastoralne w: „Grzech i nawrócenie a Sakrament Pokuty”, s.209.

[2] Por. Jan Paweł II, encyklika Dominum et Vivificantem, nry 46-48.

[3] Św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia Duchowne, tłum. M.Bednarz, Kraków 1993, nr 327.



Pozdrawiam,

Marek Blaza SJ

zobacz komentarze [1]

Kapłan czy psychiatra?

2012-02-09 13:41:20

Bardzo dużo teraz się mówi o nałogowych grzechach, szczególnie związanych z seksualnością. Zastanawiam się, kto w takiej sytuacji jest osobą uprawnioną do stwierdzenia, że penitent jest w nałogu? Bo przecież wnioskowanie tego z faktu, że popełnia wciąż te same grzechy np. przeciwko czystości, nie jest chyba wystarczającym dowodem na to, że stał się to dla niego nałóg. Wydaje mi się, że często może to być bardziej krzywdzące niż budujące dla takiego penitenta, i że jest to forma usprawiedliwienia go przed nim samym. Wydaje mi się, że jeśli penitent twierdzi, że ma problem z czymś, nad czym do końca nie panuje, i może być to nałóg, to powinien najpierw udać się do psychiatry, i omówić ten problem, i dowiedzieć się gdzie jest źródło, i być może tam rozpocząć walkę z nałogiem. Nałogów nie wyleczy się w konfesjonale, szczególnie bardziej uciążliwych, i czasem trzeba udać się z tym do specjalisty. Wydaje mi się, że takie stwierdzania na "własną rękę", że penitent ma do czynienia z nałogiem, jest już przekroczeniem kompetencji kapłana, i wkroczeniem w kompetencje lekarza. Pytanie- po co? Czemu to służy?
Sadze, ze kaplan w konfesjonale moze zwrocic penitentowi uwage, ze to, co robi, moze (choc nie musi) byc uzaleznieniem. Oczywiscie nie powienien stawiac takiej diagnozy na zasadzie, ze na pewno to jest uzaleznienie. Istnieje roznica miedzy pijakiem a alkoholikiem, tak samo jak istnieje roznica pomiedzy osoba rozpustna a seksoholikiem. Jesli ktos jest rzeczywiscie uzalezniony np. od seksu, to w przypadku osoby wierzacej dobrze jest laczyc psychoterapie ze spowiedzia u stalego spowiednika. Wymiar psychiczny i duchowy sa przeciez scisle zwiazane.

Dariusz Kowalczyk SJ

zobacz komentarze [2]